„ROŚLINNI SĄSIEDZI”: Warsztaty dla MediaLabU Katowice

Czego możemy nauczyć się o otaczającej nas przyrodzie wyposażeni w narzędzia cyfrowe? Jak robiąc zdjęcia miejskich chwastów pomagamy naukowcom? Na te pytania starałam się odpowiedzieć wraz z uczestnikami warsztatów, które odbyły się w Katowicach.

Bardzo chętnie wracam do nich myślami, bo każde spotkanie z przyrodą oraz z ludźmi zainteresowanymi jej poznawaniem to duża przyjemność. Warsztaty odbyły się w jednej z moich ulubionych instytucji kultury, z którą już od kilku lat wiążą mnie same dobre wspomnienia. MediaLab Katowice to zespół ludzi, którzy wyjątkowo wnikliwie przyglądają się najnowszym zjawiskom społecznym, projektowaniu przestrzeni publicznych oraz relacjom między sztuką, nauką i designem. Prowadzone przeze mnie w październiku zajęcia (Flora Cognita…? Roślinni sąsiedzi w epoce smartfonów) były częścią festiwalu MediaLab Come Back, który podejmował wiele aktualnych tematów dotyczących naszego funkcjonowania w świecie nowych technologii.

fot. Medialab Katowice

Wątek roślinny pojawił się wśród nich nieprzypadkowo. Z jednej strony był to pewien kontrapunkt dla tematów związanych z prognozowaniem pędzącej ku nam z dużą prędkością techno-centrycznej przyszłości. Z drugiej zaproszenie do krytycznego spojrzenia na nowe technologie. Użyteczność cyfrowych narzędzi skonfrontowana została z wartością wiedzy pozyskiwanej in situ, czyli poprzez własne, cierpliwe obserwacje w terenie. Obserwacje takie w przypadku dziedziny, jaką jest botanika są wciąż niezbędne. Bezpośrednie oglądanie, dotykanie, wąchanie i smakowanie roślin to coś, co z jednej strony jest podstawą osiągnięcia biegłości w tej dziedzinie, z drugiej – ogromną przyjemnością. Przebywanie w otoczeniu roślin, poznawanie ich, przyglądanie się ich powolnemu kiełkowaniu, wzrostowi, zawiązywaniu kwiatów i owoców, a w końcu zamieraniu to coś, co pozwala nam na rozumienie nie tylko zmienności sezonowej, ale także kolistego czasu zjawisk przyrody. Tego, że dla nas czas płynie liniowo, dla roślin zaś jest cykliczny.

fot. Medialab Katowice

Rośliny, które rosną na obszarach miejskich, na murach i w załomach chodników, na nieużytkach, terenach opuszczonych osiedli i fabryk, pokopalnianych hałdach czy torowiskach to zupełnie wyjątkowi partnerzy. Przystosowały się one do życia w niesprzyjających warunkach, rozwijając się przy niedostatku gleby i wody, zanieczyszczeniach czy silnym nasłonecznieniu. Ich różnorodne strategie przetrwania oraz umiejętność przekształcania niedogodności i ograniczeń w wyzwania to coś, czego możemy się od nich na pewno nauczyć. Rośliny ruderalne wyrastają często w szczelinach murów (jak mniszek lekarski Taraxacum officinale), w zagłębieniach chodników (jak rdest ptasi Polygonum aviculare) czy na gruzowiskach (jak przymiotno kanadyjskie Erigeron canadensis). Jako pionierzy zasiedlają hałdy i obszary zdegradowane przez przemysł (jak wiele gatunków traw, ale także takie silne i ekspansywne gatunki jak nawłoć kanadyjska Solidago canadensis czy czeremcha amerykańska Prunus serotina). Zaprzyjaźnianie się z tymi nieustraszonymi organizmami uczy pokory i wytrwałości.

fot. Medialan Katowice

Poszukując i poznając naszych roślinnych sąsiadów często posługujemy się obecnie aplikacjami do rozpoznawanie roślin, takimi jak PlantSnap, PlantNet, Flora Incognita, INaturalist czy NatureID. Są one coraz doskonalsze i coraz bardziej rozbudowane. Czy jednak mogą zastąpić wiedzę nabywaną poprzez bezpośredni kontakt z przyrodą? Myślę, że nie. Warto ich jednak używać jako zręcznych pomocników. Nawet jeśli nie zawsze trafnie dokonają rozpoznania danej rośliny to zawsze mogą nakierować nas na zawężony zbiór możliwości. Można także zainstalować kilka różnych aplikacji po to, by porównać zwracane przez nie wyniki. Spośród wielu przetestowanych przeze mnie narzędzi najlepsze na ten moment (biorąc pod uwagę konkretną strefę geograficzną, w której mieszkamy i w której zwykle dokonujemy obserwacji) wydają mi się dwa projekty: Flora Incognita i PlantNet. Posiadają one właściwie zerowy próg wejścia jeśli chodzi o wcześniejszą wiedzę botaniczną. Można z nich korzystać niemal od razu. Jednak posiadanie podstawowej wiedzy o tym czym jest gatunek, rodzaj czy rodzina roślin, a także pewnego wyczucia w tym, jakie są podstawowe typy kwiatostanów, kształty liści czy pokroje roślin pozwala korzystać z tych cyfrowych narzędzi w sposób bardziej efektywny. Często też z pozoru nieprofesjonalne aplikacje, o graficznie nieprzyjaznym czy lekko archaicznym interfejsie okazują się najlepsze. Przykładem może być tu niemiecki projekt Flora Incognita, którego ikona startowa początkowo zniechęciła uczestników warsztatów. Uznali oni, że sami nie zdecydowaliby się pobrać akurat tej aplikacji.

fot. Medialab Katowice

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno zagadnienie związane z aplikacjami do rozpoznawania roślin, które pojawiło się na warsztatach. Spójrzmy na to przez kogo, w jaki sposób i po co są one rozwijane. Niektóre z nich (jak wspomniana niemiecka Flora Incognita czy francuski PlantNet) to projekty naukowe, związane z instytucjami akademickimi i konsorcjami badawczymi, inne (jak amerykański PlantSnap) to projekty rozwijane komercyjnie. Jeśli instalujemy aplikacje, które powstały w świecie naukowym, robiąc zdjęcia i dokonując oznaczania roślin wzbogacamy bazy danych, które potem mogą posłużyć na przykład do badania bioróżnorodności czy zmienności gatunkowej siedlisk. Stajemy się wtedy częścią coraz bardziej popularnego obecnie trendu, jakim jest nauka obywatelska (citizen science), która wykorzystuje wspólny, bezinteresowny wysiłek wielu ludzi na potrzeby rozwoju nauki. Możemy także liczyć na pewną weryfikacją naukową tworzonych baz roślin oraz nadzór specjalistów nad ich rozwojem. Jeśli natomiast korzystamy z aplikacji komercyjnych, wspomagamy naszą darmową pracą rozwój przyszłych płatnych usług. Wiem, że nie dla wszystkich argument ten jest istotny. Dla mnie osobiście jest jednak ważny.

fot. Medialab Katowice

Posługując się aplikacjami do rozpoznawania roślin warto też, w razie wątpliwości, sięgać po atlasy lub klucze. Szczególnie wartościowym serwisem dostępnym on-line jest Flora Polski – atlas roślin. Jego graficzna forma może wydawać się nieco archaiczna (jakby wyrwana z estetyki pierwszych dekad działania Internetu), natomiast jego zasoby są ogromne, wciąż na bieżąco weryfikowane i rozbudowywane. Cennym źródłem wiedzy jest także towarzyszące serwisowi forum dyskusyjne.

Więcej o cyfrowych narzędziach do rozpoznawania roślin oraz nurcie citizen science piszę na blogu Medialabu. Zachęcam też do zapoznania się z prezentacją z warsztatów.

Więcej:

„Ogród na cztery pory roku” – recenzja

W swojej najnowszej książce Sebastian Kulis przekonuje nas, że ogród to nie tylko miejsce, ale także pewien sposób rozumienia świata. Nie jest to lektura dla zapalonych hodowców roślin, ale raczej dla wszystkich tych, którzy szukają określonego rodzaju wrażliwości, refleksyjności i poczucia humoru. Autor pokazuje nam w niej przede wszystkim swoje własne empatyczne spojrzenie na przyrodę i ludzkie relacje, a gdzieś między wierszami przekazuje bardzo konkretną, ogrodniczą wiedzę. Wiedza ta jednak to nie systematyczny wykład, zbiór reguł czy kalendarz upraw, a raczej nabywana wraz z czasem i doświadczeniem praktyka bycia z naturą.

Czytając „Ogród na cztery pory roku” mamy wrażenie nie tyle zdobywania nowych informacji, co odbywania barwnej podróży nie tylko wśród roślin sadzonych przez autora, ale także po jego wyobraźni: wśród wspomnień, obrazów, smaków i splątanych myśli. Sebastian przekonuje nas do traktowania ogrodu jako przedłużenia nas samych, do obserwacji i prób zrozumienia tego, jak działa przyroda, dopiero zaś w drugiej kolejności do urządzania jej na naszą własną modłę. Nie jest to jednak pozycja, w której ogrodnik wycofuje się zupełnie i porzuca jakiekolwiek działania. Książka pokazuje nam raczej, że wszelkie działania mają swoje konsekwencje, a relacje człowieka ze światem fauny i flory to nie walka o dominację, a szukanie kompromisu. Jest tu miejsce na dzikie przestrzenie, spontaniczne odkrywanie drobnych fenomenów natury, chaos czy zwykłe odpuszczanie – oddawanie pola wszystkiemu temu, czego nie da się kontrolować. Często zresztą, jak zauważa sam autor, im bardziej chcemy coś porządkować czy kontrolować, tym bardziej destabilizujemy istniejącą równowagę.

fot. Mikroklimaty

Wiele z refleksji związanych z relacją człowieka ze światem roślin i zwierząt autor przenosi także między wierszami na relacje ludzko-ludzkie. Pisze o miastach, ulicach, parkach i terenach zielonych. Obdarza bacznym i czułym spojrzeniem miejskie balkony – przestrzenie mediujące między tym, co stanowi wnętrze domu, a tym, co jest nim tylko połowicznie. Balkony, jako przestrzenie graniczne, jednocześnie należą do nas i nie należą. Pozwalają nam poszerzyć przestrzeń mieszkania i mieć kontakt z otoczeniem, obserwować i odpowiadać na zmienność pór roku. Z drugiej strony powinny także stanowić miejsce przyjazne dla miejskiej fauny oraz element potencjalnie poprawiający estetykę całego budynku czy jego najbliższego sąsiedztwa.

Najnowsza książka autora Roślinnych porad jest bardzo nowoczesna – w dobrym sensie tego słowa. Autor przygląda się popularnym ekologicznym trendom: uprawom permakulturowym, łąkom kwietnym, azylom dla owadów czy naturalnym sposobom walki ze szkodnikami. Nie robi tego jednak w sposób bezrefleksyjny, wybierając dla czytelnika tylko to, co sprawdziło się w jego własnym ogrodzie. Nie mówi do nas z z pozycji zimnego eksperta, ale raczej dobrego znajomego, z którym dzielimy wspólne hobby.

W „Ogrodzie na cztery pory roku” znajdziemy bardzo konkretną wizję ogrodnictwa. Mi osobiście szczególnie bliską. Nie ma w niej miejsca na działanie przeciw naturze czy uporczywą walkę o to, by otaczająca nasz dom zieleń upodobniła się do „zewnętrznego salonu”. Jest za to mocne przekonanie o tym, że praca ogrodnika jest czymś ważnym i dającym ogromną satysfakcję, niosącym jednak ze sobą znaczną odpowiedzialność. Ogrodnik w odczuciu autora to ktoś na kształt szamana – osoba wyposażona w głęboką wiedzę dotyczącą natury i korzystania z niej, ale jednocześnie także strażnik, który odpowiada za to, by nie była niszczona czy nadmiernie eksploatowana. Ogrodnik to też ktoś, kto komunikuje się z naturą i gra z nią w grę o wspólnie negocjowanych zasadach.

Tym, co najbardziej ujmuje mnie w książce są osobiste obserwacje przyrody, jakimi dzieli się z czytelnikami autor oraz drobne fragmenty autobiograficzne. Szalenie interesujące jest to, jak w każdej porze roku znajduje on charakterystyczne elementy i wymyśla drobne rytuały, które wzbogacą jej przeżywanie. Czytając „Ogród na cztery pory roku” bardziej ciekawym jest się chyba samego autora i tego, jak widzi świat niż jego roślinnych porad. To lektura, która sprawia wrażenie rozmowy z dawno niewidzianym przyjacielem.

Sebastian Kulis, Ogród na cztery pory roku, wyd. Buchmann, Warszawa 2021.

Roślinne porady: https://roslinneporady.co/,

Instagram: @roslinneporady

Ulotne fenomeny: „Monumento Minimo”

Czasem sztuka pojawia się w przestrzeni publicznej na krótką chwilę, ale zostawia w nas wrażenia, które pozostają na długo. Taką pracą jest dla mnie Monumento Minimo brazylijskiej artystki Nele Azevedo. Jest to cykl efemerycznych instalacji stworzonych z lodu, które pojawiły się w ostatnich latach w wielu miejscach na świecie. Azavedo prezentowała je między innymi w Sao Paulo, Berlinie, Paryżu, Rzymie, Florencji czy Porto. W każdym z tych miast uzyskiwały one dodatkowy kontekst i czytane były nieco inaczej. Czasem jako bardzo uniwersalna medytacja nad zderzeniem człowieka z bezmiarem natury lub metafora nietrwałości tego, co materialne. Innym razem jako sposób na ukazanie kontrastu miedzy zimną i obojętną miejską architekturą, a wrażliwą tkanką ludzkiego ciała. W ostatnich latach z kolei jako odniesienie do zmian klimatu i globalnych problemów z dostępem do wody.

Monumento Minimo zaczęło się od pojedynczej siedzącej ludzkiej sylwetki odlanej w lodzie. Postać ta pojawiła się na skwerze w brazylijskim mieście Campinas na kilkanaście minut i powoli, pod wpływem ogrzewających ją promieni słonecznych, rozpuściła i stopiła z otoczeniem. Ostatnie ślady po niej stanowiła mała plama wody, która szybko zamieniła się w parę wodną i rozproszyła w powietrzu.

Ten mały, ale bardzo symboliczny gest na tyle spodobał się Azevedo, że postanowiła powtórzyć go w większej skali. Wkrótce liczba prezentowanych przez nią jednorazowo postaci wzrosła do kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu, a w końcu kilkuset… Praca zmieniła także swój charakter. Z niemal intymnej obserwacji ulotnego fenomenu stała się rodzajem publicznego spektaklu. Artystka zaczęła lodowe figury umieszczać w istotnych miejskich przestrzeniach – na kamiennych i betonowych placach, schodach i promenadach. W ten sposób statyczne i monumentalne założenia urbanistyczne konfrontowane były z dynamiką i nietrwałością małych lodowych rzeźb. Widzowie obserwować mogli topniejące pod wpływem temperatury figury, które współtworzyły kilkunastominutowy spektakl z wody i światła.

Sao Paulo, Brazylia, 2016. Źródło: http://www.neleazevedo.com.br/

Podczas pierwszego spotkania z pracą brazylijskiej artystki szczególne wrażenie wywarła na mnie nie tyle jej forma, co sposób w jaki oddziaływała na odbiorców. Długo przyglądałam się ujęciu tłumu widzów i przypadkowych przechodniów, którzy obserwowali z wielką uwagą (a niektórzy także ze wzruszeniem) powolne topienie się kawałków lodu na kamiennych stopniach miejskiego placu. Atmosfera wydarzenia miała w sobie zarówno coś z rytuału przejścia, jak i radosnego święta, a większość uczestników czuła konieczność, by przystanąć na dłuższą chwilę, sfotografować lub utrwalić w formie video to, co się działo. 

Monumento minimo prowokowało do zadania pytania o to, co sprawia, że pewne obiekty i fenomeny wywołują w nas wzruszenie i mają potencjalną moc mówienia czegoś ważnego o nas samych. Oddziałują one na odbiorcę w szczególny sposób – budzą emocje i bezinteresowne zainteresowanie.

Paryż, Francja, 2015. Źródło: http://www.neleazevedo.com.br/
Amsterdam, Holandia, 2012. Źródło: http://www.neleazevedo.com.br/

W wywiadzie, którego udzieliła badaczowi sztuki Johnowi K. Grande Nele Azavedo mówiła:

«Monumento minimo» jako interwencja w tkankę miejską, posługuje się kategorią monumentu jako punktem wyjścia, z którego podejmowana jest dyskusja nad tradycyjnymi sposobami nadawania znaczeń, wszczepia ona także element nietrwałości w przestrzeń miasta. W idei publicznego monumentu znajduję odzwierciedlenie moich niepokojów: oddzielenie historii od zwykłego człowieka. Staram się dążyć do pogodzenia ze sobą sfery publicznej i prywatnej, subiektywnego ja i miasta (…). Odwróciłam więc, jedną po drugiej, charakterystyczne cechy tradycyjnych monumentów. W miejsce dużej skali, która jest używana do ostentacyjnego zaznaczania relacji władzy, zaproponowałam minimalną skalę. W miejsce twarzy bohatera, postać animowanego obserwatora, przechodnia, który identyfikuje siebie jako część procesu, w jednoczesnym świętowaniu wartości życia, jak i uznaniu jego tragizmu i heroizmu, w każdym z ludzkich losów. W miejsce trwałych materiałów, zaproponowałam lodowe struktury zdolne przetrwać trzydzieści minut – nie mają one zdolności do zatrzymania śladów pamięci, nie oddzielają też śmierci od życia. Mają w sobie płynność i ruch, odzyskując na nowo pierwotną funkcję monumentu: przypominanie nam, że jesteśmy śmiertelni. Oprócz znikania, które jest rodzajem opozycji wobec tradycyjnego wyobrażenia trwałego i statycznego pomnika, «Monumento Minimo» może być także rozumiene jako «sztuka obecności» – musisz być obecny w miejscu i czasie, w którym rozgrywa się interwencja. Doświadczenie to (…) jest jednocześnie publiczne, jak i prywatne, egzystencjalne, nieprzekazywalne (…). Lód roztapia się zgodnie z logiką czasu chronologicznego, wytwarzając jednocześnie metaforę innego czasu, czasoprzestrzennego doświadczenia ludzkiego ciała. Proponuje konceptualizację czasowości jako doświadczenia. W ten sposób staje się poetycką wyrwą w miejskiej rutynie codzienności.

Middlebury, USA, 2018. Źródło: http://www.neleazevedo.com.br/

Monumento minimo można w moim odczuciu potraktować także jako rodzaj refleksji nad sposobami zamieszkiwania, rozumienia i odczuwania przez nas współczesnych przestrzeni. Trwałość stworzonej przez człowieka architektury zderza się tu z naszym niechybnym uwikłaniem w uniwersalne procesy przepływu energii i rozkładu materii. Monumento minimo przypomina również o niewspółmierności naszej linearnej historii i cyklicznego czasu zjawisk przyrody.

Kolejne miejsca, w których Azevedo realizuje swój projekt ożywają nie tylko dzięki samej instalacji, ale także dzięki udziałowi lokalnych wolontariuszy i widzów. Biorą oni udział w ustawianiu lodowych figurek w określonym porządku, a wykonywane przez nich zadanie jest rodzajem refleksyjnego doświadczenia wspólnotowego i środowiskowego.  

Projekt Azevedo ukazuje nie tylko znikanie człowieka w czasie, rozpad i odchodzenie, ale także wnikanie i wtapianie się w otoczenie, ustępowanie przed architekturą. W tym kontekście ślad człowieka wydaje się ulotny nie tylko w zderzeniu z procesami kształtującymi środowisko, ale przede wszystkim w konfrontacji ze stworzonym przez niego samego miastem – przestrzenią raz na zawsze odebraną przyrodzie, oddzieloną od jej ciepłej i organicznej żywej tkanki. 

Nele Azevedo, Monumento minimo, 2001 – 2020.

Melting Monuments Celebrate The Momentary : The Picture Show : NPR
Havana, Kuba, 2002. Źródło: http://www.neleazevedo.com.br/
  • Nele Azevedo: strona artystki.
  • Priscilla Arantes, Minimum monument: art as emergency, 2020. –>
  • Interview for John K. Grande by Nele Azevedo, Burlington 2018. –>
  • Pilar Pinheiro Sanchez, O que é arte pública? O “Monumento Mínimo” e a democratização da Arte, Temporal. Practica e pensamento contemporaneos, 2(4)/2018. –>

Czwarta przyroda i miejsca, w których żyjemy

W skomplikowanej sieci zależności między tym, co stworzone przez człowieka, a tym co naturalne, przyroda wynajduje coraz to nowe strategie adaptowania się. Wielu badaczy nazywa ją dziś „czwartą przyrodą”… Co oznacza to popularne obecnie pojęcie? Skąd się wzięło i do czego może być nam przydatne?

Zamieszkujemy współcześnie przestrzenie, w których natura, kultura i technologia splotły się ze sobą tak bardzo, że nie da się ich już rozdzielić. Te skomplikowane sieci powiązań najwyraźniej widać na terenach zurbanizowanych i uprzemysłowionych. W mniejszej skali dostrzec je możemy jednak także w przestrzeniach prywatnych. W naszych własnych ogrodach, na polach czy w warzywnikach, gdzie obok siebie funkcjonują systemy automatycznego nawadniania, zdalnie sterowane systemy oświetlenia, ogrzewane szklarnie i samobieżne roboty koszące oraz niepokorne i wytrwałe dzikie rośliny (nazywane niepochlebnie chwastami), a także przystosowane do obecności człowieka drobne zwierzęta (gryzonie, ptaki czy owady). Ich relacje mają charakter dynamiczny – raz poddają się porządkującym dążeniom człowieka, innym razem się im wymykają. W ten sposób tworzą się przestrzenie patchworkowe, w których w najbliższym sąsiedztwie odnajdujemy elementy wytworzone przemysłowo, okazy fauny i flory wprowadzone celowo oraz wszystko to, co pojawia się spontanicznie. I to właśnie ta ostatnia, ponowna spontaniczna wprowadzka roślin i zwierząt na tereny przekształcone przez człowieka, nazywana jest dziś „czwartą przyrodą”.

Pojęcie „czwartej przyrody” pojawiło się w dyskusjach naukowców i architektów krajobrazu już w latach 90-tych za sprawą badacza miejskiej flory Berlina – Ingo Kowarika. Według jego koncepcji za „pierwszą przyrodę” możemy uznać wszystkie naturalne i półnaturalne pozostałości pierwotnych ekosystemów, które chronimy obecnie w rezerwatach, parkach narodowych, obszarach chronionego krajobrazu, jako pomniki przyrody i tak dalej. „Druga przyroda” to obszary podporządkowane człowiekowi w wyniku rozwoju rolnictwa oraz selekcjonowania gatunków użytkowych. Należą do nich pola uprawne, łąki, pastwiska czy lasy gospodarcze. „Trzecia przyroda” to z kolei tak zwana zieleń urządzona, inaczej nazywana zieloną infrastrukturą, która występuje na terenach zurbanizowanych. Są to ogrody historyczne, skwery i parki, a także na przykład aleje drzew, zielone pobocza dróg czy zazieleniane skarpy przy autostradach. Ostatnia, „czwarta przyroda”, odnosi się do obszarów opuszczonych lub nie do końca kontrolowanych przez człowieka, gdzie rośliny i zwierzęta samoistnie odzyskują dla siebie przestrzeń. Mamy tu najczęściej do czynienia z gatunkami pionierskimi, które odporne są na trudne warunki, niedostatek gleby i wody czy silne nasłonecznienie. Są to często także gatunki, którym niestraszne są zanieczyszczenia i substancje toksyczne. Są one dzięki temu zdolne do tego, by ponownie obejmować w swoje posiadanie opuszczone tereny fabryczne, pogórnicze hałdy czy składowiska odpadów.

O „czwartej przyrodzie” pisał w Polsce dużo Kasper Jakubowski. Pojęcie to przywoływał także między innymi Filip Springer. Jest ono dla projektanta pracującego z zieloną tkanką przestrzeni o tyle ważne i ciekawe, że pozwala nadać określony status wszystkim nie do końca uporządkowanym przestrzeniom (jak skraje dróg czy miejskie nieużytki), które ludzie chcieliby w większości wyeliminować i usunąć z zasięgu swojego wzroku. „Czwarta przyroda” może stać się określeniem potencjalnie afirmatywnym, niosącym w sobie pozytywny przekaz. Przekaz, który mówi nam o tym, że nawet miejsca pozornie zdegradowane i zniszczone, niechciane i porzucone, mogą spontanicznie się odrodzić. Sporo pracy jest jednak nadal do wykonania nad włączeniem estetycznego potencjału takich miejsc do powszechnej wyobraźni związanej z miejską zielenią. Nie wszyscy chętnie przystaną na obecność dzikich, nieuporządkowanych enklaw w otoczeniu osiedli mieszkalnych, dróg czy mostów. Tworzące je gatunki, choć coraz częściej i powszechniej doceniane, nie są zwykle uznawane za florystycznie atrakcyjne. Doceniamy ich udział w tworzeniu bioróżnorodności, w stanowieniu azylu dla zwierząt czy pożywki dla owadów. Nie chcemy jednak widzieć ich w reprezentacyjnych częściach miasta czy za płotem naszego ogrodu.

Jak pokazywał Kasper Jakubowski, najważniejsza w procesie przyznawania „czwartej przyrodzie” prawa do przestrzeni jest komunikacja z mieszkańcami i użytkownikami określonych miejsc. Jeśli rozumieją oni celowość istnienia obok siebie skrupulatnie urządzonych parków i skwerów czy placów zabaw oraz przestrzeni dzikich i pozornie chaotycznych, łatwiej jest im je polubić. Zieleń uporządkowana i zieleń spontaniczna to nie odwieczni wrogowie, czy dwie odmienne wizje miejskiej przestrzeni, ale komplementarne elementy dobrze funkcjonującego miejskiego systemu naczyń połączonych.

Musimy pamiętać także o tym, że obszary, na których rośliny osiedlają się od nowa w sposób spontaniczny to bardzo niestabilne i nietrwałe rodzaje ekosystemów. Pionierskie gatunki, które pojawiają się w nich jako pierwsze (jak trawy czy niektóre drzewa), szybko ustępują miejsca kolejnym. Często potrafią rozgościć się tam również gatunki obcego pochodzenia (o szerokiej tolerancji ekologicznej) czy gatunki inwazyjne. Pomyślmy tu o widywanych powszechnie na terenach podmiejskich łąkach nawłoci kanadyjskiej (Solidago canadensis) czy zwartych skupiskach czeremchy amerykańskiej (Prunus serotina). Nie jest więc tak, że obszar taki będzie z czasem coraz bardziej różnorodny czy biologicznie bogaty. Często potrzebuje on asysty człowieka (podobnie zresztą jak potrzebują jej popularne obecnie łąki kwietne). „Czwarta przyroda” to nieprzewidywalny i kapryśny gość w naszych miastach. Możemy jednak z nim umiejętnie negocjować. Ścieżki edukacyjne, utwardzone trasy spacerowe, elementy małej architektury czy nawet rzeźby, są czymś co przekształca nieużytki w nowy rodzaj parku krajobrazowego. Dobrze zaprojektowane sposoby korzystania z nich oraz odpowiednio zaplanowane zabiegi pielęgnacyjne (jak usuwanie nadmiernie ekspansywnych gatunków czy częściowe sezonowe koszenie) sprawiają, że stają się one chętnie odwiedzanymi miejscami służącymi wypoczynkowi i rekreacji. Pełnią jednocześnie funkcje edukacyjne i przekonują nas o tym, że pozorny chaos dzikorosnącej zieleni, może nam się również (choć w odmienny sposób od tradycyjnych ogrodów czy parków) podobać.

Poniżej polecam kilka wartych uwagi publikacji poświęconych „czwartej przyrodzie”. Są one dostępne on-line. Szczególnie ciekawa i głęboko rozwijająca ten temat jest książka Kaspra Jakubowskiego <<Czwarta przyroda. Sukcesja przyrody i funkcji nieużytków miejskich>>. Można ją pobrać za darmo w formie e-booka po uzupełnieniu badania prowadzonego przez autora. Co wartościowe, książka zawiera omówienie konkretnych, przeprowadzonych z sukcesem, projektów włączenia „czwartej przyrodyw obszar zielonej tkanki europejskich miast.

  • Kasper Jakubowski, Czwarta przyroda. Sukcesja przyrody i funkcji nieużytków miejskich, Fundacja Dzieci w Naturę, Kraków 2020. –>
  • Kasper Jakubowski, Czwarta przyroda w mieście, Autoportret nr 3/2019 „Nieużytki”. –>
  • Filip Springer, Czego nie wiecie o miejskich chaszczach, Magazyn Pismo, 07.04.2021. –>
  • Ulrich Stocker, Suleika Suntken, Silke Wissel, A new relationship between city and wilderness. A case for wilder urban nature, Deutsche Umwelhilfe, 2014. –>
  • Anita Bakshi, Frank Galagher, Design with Fourth Nature, Journal of Landscape Architecture 2(15) 2020. –>

Witaj w Mikroklimatach! Poznajmy się…

Nowy Rok to najlepszy czas, żeby wszystko uporządkować i zebrać w jednym miejscu. Rozwijane od dawna wątki układają się wtedy w jedną całość. Wierzę w symboliczne początki i drobne rytuały, dlatego Mikroklimaty pojawiają się w sieci właśnie 1 stycznia.

Mikroklimaty to pracownia projektowa, w której realizujemy nieszablonowe, zielono-błękitne projekty. Pracownia ma charakter otwarty i interdyscyplinarny. Chciałabym w niej rozmawiać przede wszystkim o nowych sposobach patrzenia na otaczającą nas przyrodę i zielone przestrzenie. Chciałabym pracować nad projektami, które pomogą nam osiągać harmonię i odnowić relację z naturą, a także przygotują nas na zmiany klimatu oraz nowe modele pracy i wypoczynku.

Mikroklimaty nazywam zielono-błękitną pracownią dlatego, że realizowane tu projekty opierają się przede wszystkim na roślinności i wodzie – elementach, które stanowią trzon naturalnego otoczenia człowieka. Są one czymś, co pozwala nam odpoczywać i czerpać energię z przebywania w bliskości przyrody. Elementy małej architektury, utwardzone ścieżki czy dekoracje to dla mnie jedynie elementy uzupełniające. Pozwalają nam one poczuć się w ogrodzie czy parku jak w domu, oswajają dla nas miejsca i nadają im funkcje użytkowe. To jednak przede wszystkim kwiaty, krzewy, drzewa i woda dają nam spokój, przyjemność i radość z przebywania w określonym miejscu. Możemy powiedzieć, że to właśnie one budują jego zdrowy mikroklimat.

Mikroklimaty to także blog tematyczny, za pomocą którego dzielę się swoją wiedzą oraz inspiracjami. Najbardziej interesują mnie relacje między współczesną sztuką, naukami humanistycznymi i projektowaniem krajobrazu. Wydaje mi się, że relacje te są często traktowane po macoszemu. Na pierwszym planie mamy zwykle techniczną wiedzę dotycząca uprawy roślin czy urządzania terenów zieleni, a spojrzenie bardziej refleksyjne odsuwane jest na dalszy plan.

Osobiście wierzę przede wszystkim w siłę wyobraźni oraz potrzebę dyskusji. Uważam, że sztuka pozwala nam uchwytywać nasze problemy, potrzeby i dążenia nieraz bardziej trafnie niż czynią to schematycznie działający eksperci. Widzę także ogromną potrzebę rozumienia przestrzeni, badania jej i dowartościowywania tego, co już mamy. Uważam, że każde miejsce trzeba najpierw dobrze poznać i zrozumieć, nim zacznie się je zmieniać. Nie lubię przykładania do wszystkiego jednego schematu i bezkrytycznego podążania za modą. Wierzę w rozwiązania ponadczasowe i trwałe. Wybieram naturalne materiały i tradycyjne techniki po to, by budować zdrowe otoczenie, w którym szanujemy się nawzajem i żyjemy pozostawiając przestrzeń dla naszych roślinnych i zwierzęcych współmieszkańców.

Projektowanie to dla mnie przede wszystkim proces definiowania problemów i poszukiwania konkretnych rozwiązań. Najważniejsi są w nim ludzie – ich potrzeby i emocje, w drugiej kolejności zaś przedmioty czy materia. Wierzę w rzeczy skrojone na miarę oraz autentyczność w relacji człowieka do jego domu, ogrodu, miejsca życia. Szukam indywidualnych historii i przeżyć. Myślę też, że wszyscy jak drzewa wrastamy w miejsca.

Zapraszam w otwarte progi Mikroklimatów…

Napisz do nas, jeśli chcesz zrealizować z nami swój projekt lub chcesz byśmy zaprojektowali Twoją zieloną przestrzeń. Możesz także po prostu rozgościć się na blogu… i zostać z nami na dłużej 🙂